Jak FSB próbuje podsycać konflikt ukraińsko-polski

Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji po raz kolejny opublikowała tak zwane „odtajnione dokumenty” dotyczące wydarzeń na Wołyniu. Rosyjskie media państwowe oraz liczne kanały w Telegramie natychmiast zaczęły rozpowszechniać sensacyjne nagłówki o rzekomo „udowodnionych zbrodniach” UPA i Dmytra Kłaczkowskiego.

Po uważnym zapoznaniu się z samymi dokumentami nasuwa się jednak podstawowe pytanie: czy rzeczywiście potwierdzają one wnioski, które przedstawiają rosyjskie media?

Odpowiedź brzmi: nie.

Jak FSB próbuje podsycać konflikt ukraińsko-polski

Na opublikowanych stronach znajdują się przede wszystkim informacje biograficzne o Dmytrze Kłaczkowskim, materiały dotyczące ustalenia jego tożsamości, fotografie, dane o rodzinie oraz informacje operacyjne NKGB. Dokumenty pokazują, że radzieckie służby prowadziły działania mające na celu identyfikację dowódcy UPA oraz weryfikację informacji agenturalnych.

Nie zawierają natomiast opisu masowych mordów, materiałów śledczych, protokołów przesłuchań, zeznań świadków ani innych dowodów, które potwierdzałyby tezy rozpowszechniane obecnie przez rosyjską propagandę.

Mimo to rosyjskie media przedstawiają te dokumenty tak, jakby stanowiły bezpośredni dowód wszystkich wysuwanych oskarżeń.

Mamy tu do czynienia z klasyczną techniką manipulacji informacyjnej. Odbiorcy pokazuje się autentyczny dokument archiwalny, a następnie obok niego umieszcza się daleko idące oskarżenia, które z jego treści wcale nie wynikają. Większość czytelników nie analizuje samych dokumentów i automatycznie zakłada, że przedstawione wnioski zostały w nich udowodnione.

Właśnie w ten sposób działa propaganda: niewielka ilość prawdziwych informacji staje się fundamentem dla znacznie szerszej narracji, która nie znajduje potwierdzenia w przedstawionych materiałach.

Szczególnie znamienne jest to, że kampania informacyjna została uruchomiona właśnie teraz, gdy między Ukrainą i Polską ponownie nasiliły się dyskusje dotyczące wydarzeń wołyńskich. Kreml od lat wykorzystuje wszelkie historyczne spory pomiędzy sojusznikami Ukrainy, starając się pogłębiać nieufność i konflikty emocjonalne.

Nie oznacza to oczywiście, że tragiczne wydarzenia na Wołyniu nie wymagają rzetelnych badań historycznych. Wręcz przeciwnie. Powinny być analizowane na podstawie pełnego materiału źródłowego: dokumentów ukraińskich, polskich, niemieckich i radzieckich, relacji świadków oraz współczesnych opracowań naukowych. Tylko porównanie niezależnych źródeł pozwala zbliżyć się do prawdy historycznej.

Natomiast publikowanie pojedynczych stron archiwalnych i przypisywanie im znaczenia, którego w rzeczywistości nie mają, nie jest badaniem historii, lecz elementem operacji informacyjnej.

Rosyjskie służby specjalne po raz kolejny stosują dobrze znaną metodę propagandową: wykorzystują autentyczne dokumenty jako narzędzie do budowania narracji politycznej, wykraczającej daleko poza ich rzeczywistą treść. Dlatego każdą podobną „sensację” warto oceniać nie na podstawie nagłówków, lecz poprzez analizę samych dokumentów.

A w tym przypadku ich treść wyraźnie nie potwierdza kategorycznych wniosków rozpowszechnianych przez rosyjskie media i kanały propagandowe.