Polska patrzy w przeszłość. A powinna spojrzeć na mapę przyszłości

Polska patrzy w przeszłość. A powinna spojrzeć na mapę przyszłości

W czeskiej Ostrawie doszło do zdarzenia, które można potraktować jak ponurą anegdotę, ale w rzeczywistości mówi ono znacznie więcej o problemie narastającym w części polskiego społeczeństwa.

Polski wolontariusz Kuba Gejsig został zaatakowany przez grupę Polaków, którzy wzięli go za Ukraińca. Powodem miało być żółto-niebieskie nakrycie głowy z napisem „Gōrny Ślōnsk”. Barwy Górnego Śląska napastnikom wystarczyły, aby uznać człowieka za „Ukraińca” i „banderowca”.

Absurd tej historii jest niemal doskonały: Polacy biją Polaka, ponieważ są przekonani, że biją Ukraińca.

Można oczywiście uznać to za zwykły chuligański incydent. Byłoby jednak błędem nie zauważać szerszego problemu. W Polsce narastają spory dotyczące Ukraińców, historii, pamięci, migracji i pomocy dla Ukrainy. Część tych debat jest całkowicie uzasadniona. Polska ma prawo rozmawiać o własnej historii, interesach i problemach wynikających z przyjęcia milionów uchodźców.

Ale czym innym jest spór historyczny, a czym innym sytuacja, w której kolor kapelusza wystarcza do pobicia człowieka.

Zwłaszcza że Polska ma dziś znacznie poważniejszy problem niż ukraińskie flagi na swoich ulicach.

Ten problem znajduje się na wschodzie.

Polska ma prawo pamiętać. Nie może jednak żyć wyłącznie pamięcią

Historia polsko-ukraińska jest trudna. Nie ma żadnego sensu jej wybielać.

Wołyń, konflikty narodowościowe, działalność OUN i UPA, powojenne przesiedlenia oraz akcja „Wisła” pozostają częścią pamięci obu narodów. Polska ma pełne prawo domagać się badań, ekshumacji, godnego pochówku ofiar i uczciwej rozmowy o odpowiedzialności.

Ukraińcy również mają prawo do własnej pamięci historycznej.

Problem zaczyna się wtedy, gdy historia przestaje pomagać zrozumieć teraźniejszość, a zaczyna ją zastępować.

Państwa nie mogą budować strategii bezpieczeństwa na wydarzeniach sprzed osiemdziesięciu lat, ignorując zagrożenie istniejące dzisiaj.

A dzisiejsza mapa Polski jest wyjątkowo niewygodna.

Na północnym wschodzie znajduje się rosyjski obwód kaliningradzki. Dalej Białoruś, pozostająca najbliższym wojskowym sojusznikiem Moskwy. Pomiędzy nimi znajduje się przesmyk suwalski – strategiczny obszar łączący Polskę i państwa bałtyckie.

Samo NATO traktuje ten teren jako kluczowy dla bezpieczeństwa wschodniej flanki i utrzymuje w Polsce wielonarodowe siły mające odstraszać potencjalną agresję.

To właśnie na tę mapę powinni częściej patrzeć polscy politycy i wyborcy.

Najważniejszy potencjalny sojusznik Polski już walczy

Wyobraźmy sobie najgorszy scenariusz.

Rosja po zakończeniu lub zamrożeniu wojny przeciwko Ukrainie odbudowuje armię. Kreml nie rezygnuje z imperialnej polityki. Napięcie między Rosją a NATO rośnie.

Dochodzi do poważnego kryzysu wokół państw bałtyckich, przesmyku suwalskiego albo bezpośrednio na granicy Polski z obwodem kaliningradzkim.

Kogo Warszawa chciałaby wtedy mieć po swojej stronie?

Państwo posiadające jedną z największych i najbardziej doświadczonych armii w Europie, której żołnierze od lat walczą z armią rosyjską?

Państwo posiadające praktyczne doświadczenie w zwalczaniu rosyjskich dronów, rakiet, systemów walki elektronicznej i wojsk lądowych?

Państwo rozwijające własne drony dalekiego zasięgu, technologie pola walki i systemy rozpoznania?

Czy państwo obrażone na Polskę i przekonane, że Polacy traktują Ukraińców jak wrogów?

Odpowiedź wydaje się oczywista.

Ukraina jest dzisiaj nie tylko sąsiadem Polski.

Z czysto pragmatycznego punktu widzenia może być jednym z najważniejszych elementów przyszłego bezpieczeństwa Polski.

„Mamy NATO” nie powinno kończyć dyskusji

Najczęstsza odpowiedź brzmi oczywiście: Polska jest członkiem NATO.

To prawda i jest to fundamentalna różnica między sytuacją Polski i Ukrainy. Atak na Polskę byłby atakiem na państwo Sojuszu.

Nie należy jednak tworzyć wokół artykułu 5 mitu automatycznego mechanizmu, w którym po przekroczeniu polskiej granicy przez rosyjski czołg wszystkie armie NATO automatycznie wypowiadają Rosji wojnę.

Tekst Traktatu Północnoatlantyckiego jest bardziej złożony.

Artykuł 5 rzeczywiście stanowi, że zbrojna napaść na jednego sojusznika jest traktowana jako napaść na wszystkich. Każdy sojusznik ma obowiązek udzielić pomocy. Ale traktat mówi o podjęciu przez każde państwo „takiej akcji, jaką uzna za konieczną”, przy czym może ona obejmować użycie siły zbrojnej. NATO samo wyjaśnia, że pomoc może, ale nie musi, przybrać formę bezpośredniego użycia siły.

To istotne rozróżnienie.

Nie oznacza ono, że NATO „nie obroni Polski”. Wręcz przeciwnie: Sojusz już rozmieszcza w Polsce siły, rozwija obronę powietrzną i wzmacnia wschodnią flankę. W 2026 roku NATO ponownie deklarowało gotowość do obrony każdego fragmentu terytorium sojuszniczego.

Ale odpowiedzialne państwo nie buduje bezpieczeństwa wyłącznie na założeniu, że ktoś inny na pewno zrobi wszystko, czego będzie potrzebowało.

Buduje również własną armię i sieć regionalnych sojuszy.

I właśnie tutaj pojawia się Ukraina.

A jeśli kiedyś Warszawa zadzwoni do Kijowa?

To dzisiaj może brzmieć prowokacyjnie.

Ale historia Europy nauczyła nas, że konfiguracje bezpieczeństwa zmieniają się szybciej, niż społeczeństwa są gotowe przyznać.

Jeżeli kiedyś Polska znajdzie się pod bezpośrednią presją militarną Rosji, Warszawa może potrzebować nie tylko Waszyngtonu, Londynu, Paryża czy Berlina.

Może potrzebować Kijowa.

I wtedy znaczenie będą miały nie historyczne przemówienia, lecz bardzo praktyczne pytania.

Czy Ukraina udostępni swoje rozpoznanie? Czy pomoże w zwalczaniu rosyjskich dronów? Czy przekaże doświadczenie dotyczące rosyjskiej walki elektronicznej? Czy wesprze logistycznie Polskę? Czy będzie gotowa wiązać rosyjskie siły na innym kierunku?

A przede wszystkim: jaki będzie wówczas stosunek ukraińskiego społeczeństwa do Polski?

Sojusze istnieją nie tylko na papierze.

Potrzebują również społecznego kapitału zaufania.

Rosja bardzo chętnie zobaczy Polaków i Ukraińców jako wrogów

Właśnie dlatego każda fala polsko-ukraińskiej nienawiści jest strategicznym prezentem dla Kremla.

Rosja nie musi przekonać Polaków, żeby pokochali Moskwę.

Wystarczy, że przekona ich, aby znienawidzili Ukraińców.

Analogicznie nie musi przekonywać Ukraińców do sympatii wobec Rosji. Wystarczy podsycać przekonanie, że Polska jest wrogiem.

Resztę oba narody mogą zrobić sobie same.

Każda bójka, każdy ksenofobiczny komentarz i każda polityczna kampania przedstawiająca cały sąsiedni naród jako zagrożenie powiększają ten kapitał nieufności.

Nie oznacza to, że każdy polsko-ukraiński konflikt jest rosyjską prowokacją.

Takie twierdzenie byłoby równie prymitywne jak sama ksenofobia.

Polska i Ukraina mają rzeczywiste spory. Mają różne interesy gospodarcze. Konkurują na niektórych rynkach. Mają problemy historyczne i polityczne.

Dojrzałe państwa potrafią jednak spierać się z sojusznikami, nie zamieniając ich we wrogów.

W Jakucku pomnik rosyjskich żołnierzy zastąpił memoriał polskich i litewskich zesłańców

Pobity Polak jest symbolem absurdu

Dlatego historia z Ostrawy jest tak wymowna.

Człowiek nie musiał nawet być Ukraińcem.

Wystarczyło, że wyglądał na Ukraińca.

Żółty i niebieski uruchomiły agresję szybciej niż zdolność sprawdzenia, co właściwie znajduje się na jego nakryciu głowy.

To już nie jest spór o Wołyń.

To nie jest debata o polityce migracyjnej.

To nie jest rozmowa o interesach polskich rolników.

To zwykła ksenofobia.

I ma ona tę niezwykłą właściwość, że wcześniej czy później zaczyna uderzać również w tych, których rzekomo miała „chronić”.

W Ostrawie uderzyła dosłownie w Polaka.

Polacy nie muszą kochać Ukraińców

I być może właśnie tutaj warto powiedzieć rzecz najważniejszą.

Polska polityka wobec Ukrainy nie powinna opierać się na miłości.

Ukraińcy również nie muszą kochać Polaków.

Państwa nie mają przyjaciół w takim sensie jak ludzie. Mają interesy, zagrożenia i partnerów.

Polska potrzebuje silnej Ukrainy nie dlatego, że oba narody mają obowiązek się lubić.

Potrzebuje jej dlatego, że między rosyjską armią a polską granicą znacznie korzystniej mieć duże, uzbrojone i przyjazne państwo ukraińskie niż rosyjską strefę wpływów.

To jest polski interes narodowy.

Dokładnie tak samo dla Ukrainy korzystniejsza jest silna i przyjazna Polska niż Polska skonfliktowana z Kijowem.

Można więc rozmawiać o Wołyniu.

Można spierać się o historię.

Można negocjować transport, rolnictwo, handel, migrację i prawa mniejszości.

Można nawet prowadzić bardzo ostre spory polityczne.

Ale istnieje ogromna różnica między sporem a nienawiścią.

Warto czasem spojrzeć nie osiemdziesiąt lat wstecz, lecz dziesięć lat do przodu

Polska historia nauczyła Polaków, że bezpieczeństwo państwa nigdy nie jest dane raz na zawsze.

Dlatego paradoksalne byłoby, gdyby naród tak mocno przywiązany do własnej historii wyciągnął z niej właśnie niewłaściwy wniosek.

Pamięć jest potrzebna.

Ale państwo, które patrzy wyłącznie w lusterko wsteczne, wcześniej czy później uderzy w przeszkodę znajdującą się przed nim.

Dzisiaj Rosję zatrzymuje przede wszystkim Ukraina.

Jutro sytuacja może wyglądać inaczej.

A jeśli pewnego dnia kryzys pojawi się pod Suwałkami, na Bałtyku albo przy granicy z obwodem kaliningradzkim, Polacy mogą odkryć, że jednym z państw najlepiej rozumiejących rosyjską armię i najbardziej zainteresowanych jej powstrzymaniem jest właśnie Ukraina.

Wtedy może się okazać, że znacznie ważniejsze od pytania, co Polak i Ukrainiec myśleli o sobie w 1943 roku, będzie pytanie:

czy w 2030 albo 2035 roku będą gotowi stanąć po tej samej stronie.

I dlatego pobicie Polaka tylko dlatego, że ktoś pomylił go z Ukraińcem, nie jest wyłącznie głupią bójką w Ostrawie.

To mały, ale bardzo niepokojący symbol politycznej krótkowzroczności.

Bo ksenofobia zawsze każe szukać wroga najbliżej.

Geopolityka natomiast wymaga umiejętności rozpoznania, gdzie znajduje się wróg naprawdę.